Opowieść Walentynkowa
W Pietnej nigdy nie brakowało ekscentryków i wariatów, wszelakiej maści w dobrym i złym tego słowa znaczeniu. Był nim też niejaki Jorguś, niespokojny duch, obieżyświat, awanturnik i zabijaka. Któremu już na początku XVII w. za ciasno było w maleńkiej wiosce. Wyruszył więc w świat szukając przygód, sławy i pieniędzy. Przygód to miał tyle, że aby je wszystkie opisać trzeba by kilku grubaśnych tomów. Wylądował jednak w końcu aż na terytorium obecnych Indii. Tam w mieście Agra, skuszony wysokim
żołdem zaciągnął się do gwardii przybocznej tamtejszego władcy Szacha Dżahana. Gwardia ta składała się wyłącznie z białych najemników. Takich jak Jorguś chłopów wysokich, dobrze zbudowanych, awanturników i zabijaków pochodzących z całej Europy. Mówili tam na niego Jorg, ponieważ żaden Hindus ani nawet biały gwardzista nie potrafił wymówić słowa "Jorguś".
Szach Dżahan panował wtedy nad większością terytorium dzisiejszych Indii. Do historii przeszła wielka miłość Szacha. Z okazji Walentynek Pozwólcie, że na tym właśnie się skupię.
Był muzułmaninem a więc według tamtejszego obyczaju posiadał harem. Im bogatszy mężczyzna tym obowiązkowo musiał mieć większy harem, a Szach Dżahan był przecież najbogatszy w całym swoim państwie. Pośród wszystkich żon kochał jednak tylko jedną. Która dlatego nosiła przydomek Mumtadź-i-Mahal, to znaczy Wybranka Pałacu. Tak bardzo ją kochał, iż trzeba być chyba hinduskim Szachem aby przeżyć taką miłość. Oczywiście swoje uczucia nie ulokował w byle kim. Mutadź-i- Mahal podobna była do drogocennego kwiatu, była tak delikatną, czułą i promienną istotą, nieziemską a jednocześnie namacalną, z krwi i kości zagadkową i jednocześnie prostą. Dla władcy była więc światłem jego życia, jak sen który sobie wyśnił a zarazem mógł ten sen dotykać, całować i pieścić. Pełen wdzięku sen który się spełniał, zawsze jednak zostawał tajemniczym.
Hinduskie kobity, przeważnie kiedy oddają się całkowicie, tracą większość swego zagadkowego uroku. Wybranka Szacha była jednak Ormianką, była personifikacją wszystkiego co zawiera słowo "miłość". Potrafiła dać zawsze coś nowego, jednocześnie zostawiając niedosyt, mężczyźni szukają tego przez całe życie.
Władca był świadomy tego jaki skarb posiada. Dlatego rzucał wybrance serca do nóg całe swoje niezmierzone bogactwo. Budował dla niej pałace jak z bajki. Jej stopy stąpały po najwspanialszych dywanach, we włosach pobłyskiwały najpiękniejsze ze szlachetnych kamieni. Na cienkich przegubach pobrzękiwały złote bransoletki tak misternie wyrabiane, że wydawało się niemożliwym, iż zdołała je ozdobić ludzka ręka. Zdało się, że zostały wyczarowane przez wróżki. Każdą drogocenną rzecz jaką zdołał odkryć Szach, zabierał i składał u nóg swojej wybranki.
Szach Dżahan usłyszał pewnego dnia od wędrownego derwisza, że gdzieś za północną granicą swojego państwa, gdzie pokryte wiecznym kryształowym śniegiem Himalaje dotykają nieba. W pewnej skalnej świątyni znajduje się szczególny i bardzo osobliwy posąg Buddy, bardzo czczony, oraz strzeżony. Przez zgromadzenie wojowniczych mnichów, a nawet przez całe plemię zamieszkujące tamte okolice. Jeszcze nikomu obcemu, prawił wędrowiec, nieudało się tam dostać, poza nim samym.
Strzeżono go tak pieczołowicie, ponieważ ten posąg Buddy zawierał coś niezwykłego, zupełnie bezcennego.
Mianowicie kiedy sam Gautama Budda po rocznej samotności usiadł był pod świętym baobabem kiedy zbliżała się ta wielka chwila, w której doznał oświecenia o istocie rzeczy tego świata. Wtedy właśnie ponieważ poznał całą małość wszystkiego co ziemskie, uronił ze swego oka łzę najświętszego bólu i współczucia.
Była to jedyna łza jaką kiedykolwiek uronił, wcześniej bowiem był bohaterem, który nie płakał. Potem zaś został Bogiem, a Bóg też nie płacze.
Jedyną łzę, jaką uronił oświecony, z wielkim szacunkiem i pokorą przechowała, rosnąca pod baobabem biała lilia.
Łza ta, zamieniła się później w krwisto czerwony rubin.
Pierwsi uczniowie oświeconego znaleźli ten kamień i umieścili go w miejscu najbezpieczniejszym na świecie, powierzając ten skarb niedostępnym himalajskim szczytom. Tam następnie został jako "Oko Mądrości"
osadzony w środku złotego czoła jednego z posągów Buddy. Niema też żadnych wątpliwości, że rubin ten posiada nadprzyrodzoną moc. Można powiedzieć, wyjaśnił derwisz który władcy tą historię opowiadał, iż moc ta jest dwojakiego rodzaju. Błogosławi ona każdemu który posiada czyste sumienie i dobre serce. Przeklina jednak wszelaką niegodziwość, oraz podłość. Choćby tylko z tego powodu świątynia ta jest tak strzeżona. Mówi się, iż świątyni tej pilnuje wąż i na każdego kto poważyłby się dostać tam nieproszony, sprowadzi nieszczęście największe jakie tylko można sobie wyobrazić.
Szach Dżahan, który z coraz większym zainteresowaniem słuchał opowieści, zaśmiał się na koniec i powiedział.
- Jest nam wiadomym, iż strach oraz zabobony bywają najlepszym zabezpieczeniem przed złodziejami.
Następnie polecił hojnie derwisza wynagrodzić za tak ciekawą opowieść i nakazał mu, by na razie pozostał w jego pobliżu.
Ponieważ opowieść obudziła u władcy pewne pragnienie. Chociaż był muzułmaninem, jednak znał i szanował naukę Buddy. Jedyna łza jaką kiedykolwiek uronił oświecony. Do tego związana z tak ważnym wydarzeniem w jego ziemskiej drodze, to na pewno jest coś niesamowicie cennego, o nieoszacowanej wartości.
Zapragnął zdobyć ten rubin dla swojej ukochanej. Przez długie dni bił się i zmagał sam ze sobą. Instynkt widocznie ostrzegał go przed tym pomysłem, wewnętrzny głos wzbraniał mu tego. Jednak mocniejsza od własnego instynktu i zdrowego rozsądku, okazała się potężna miłość do Mutadź-i- Mahal.
Tak więc polecił znowu sprowadzić derwisza przed swoje oblicze i rzekł do niego, iż pragnie tego rubinu i musi go mieć. Przyrzekł też wędrowcowi tyle złota ile udźwignie sto wielbłądów, jeżeli podejmie się dla niego zdobyć ten klejnot. Nie, dwieście.
Derwisz, wzniósł jednak ręce do góry, wzbraniając się i oświadczył.
- Nigdy! Nawet jeżeli byś mi Panie ofiarował wszystkie wielbłądy objuczone złotem. Co zaprawdę nie byłoby za dużo.
- Nie chcesz? Zapytał Szach Dżahan.
Wędrowiec pokręcił głową.
- Każę więc Cię wtrącić do lochu.
Jednak ton jego głosu pozostał nadal bardzo łagodny. Zresztą całe jego rządy cechowała niezwykła łagodność.
Derwisz rzucił się na kolana, dotknął trzy razy czołem dywanu i powiedział.
- O władco moje życie należy do Ciebie. Jednak nie moje sumienie.
Szach, poruszony taką odwagą ułaskawił wędrowca. Znowu całymi dniami zmagał się z samym sobą. W końcu doszedł do wniosku, że jednak byłoby niegodziwością kazać owemu derwiszowi, czy komukolwiek innemu popełnić przestępstwo.
Kazał zatem odważnemu wędrowcy, by ten opisał mu szczegółowo drogę, oraz wszystko co było mu wiadome o tajemniczej świątyni. Derwisz oczywiście przejrzał plany Dżahana, błagał go przeto pokornie na kolanach, by ten ich poniechał. Wszystko jednak było daremne.
Nikogo nie wtajemniczając Szach powziął przygotowania do niebezpiecznej wyprawy. Opanowała go chorobliwa obsesja, posiadania rubinu. Władca który do tej pory, nigdy nie rozstawał się z ukochaną. Pewnego dnia przyszedł się z nią pożegnać, ale nawet ona nic nie wiedziała, gdzie się udaje i co zamierza. Ponieważ wiedział, iż inaczej nie przedostanie się w pobliże świątyni, postanowił zrobić to w przebraniu żebraczym. Opuścił zatem jako żebrak swoją stolicę nad rzeką Jamuną.
Przekroczył północną granicę państwa i dalej kontynuował coraz bardziej niebezpieczną wędrówkę, przybliżając się do górskiego pasma, które dawno już miał przed oczyma a teraz okazywało mu się w całej wspaniałości i wielkości. Podobny pasterzowi albo myśliwemu, zbliżał się zwolna do okolicy gdzie znajdowała się poszukiwana przez niego świątynia.
Rzeczywiście ją odnalazł i pewnego dnia udało mu się zakraść niepostrzeżenie do środka.
Kiedy zapadła noc zamknięto bramę wejściową, zapadła też martwa cisza. Szach został sam.
Ciemność rozpraszał tylko blask bijący od wiecznych lampek, stojących u stóp niezliczonych posągów. Lampki dawały upiorne światło w którym blasku władca zauważył, że są to posągi Buddy. Kamienni Buddowie siedzieli w kucki, w pozycji medytacyjnej, w dwóch rzędach naprzeciwko siebie. Ten straszny milczący szpaler prowadził do siedzącego na tronie w kształcie kwiatu lotosu, złotego Buddy. W środku jego czoła błyszczało "Oko Mądrości", jak czerwona łza. Dżihan w którego wpatrywało się setki martwych oczu kamiennych Buddów, cofnął się, drżąc cały. Ostatni raz instynkt próbował go ostrzec, gdy stanął przed złotym Buddą, spoglądającym na niego melancholijnie. Jeszcze raz ogarnęły go wątpliwości. Jednakże zaraz potem pomyślał o Mutadż-i- Mahal, o tym jak bardzo ją kocha, jak bardzo ucieszy ją tak bezcenny klejnot i, że ofiarowując jej taki najwspanialszy w świecie dar jeszcze raz udowodni swoją miłość. To go pobudziło do czynu. Wspiął się do góry, jego stopy znalazły oparcie na złotym tronie w kształcie lotosu i za pomocą sztyletu, bez większego wysiłku wyjął rubin ze złotego boskiego czoła.
Kamień nie był większy niż paznokieć kciuka dorosłego człowieka i całkiem płaski. O tym, że był bardzo stary świadczył jego prymitywny szlif, który tylko usunął nierówności. Z czasem jubilerzy nauczyli się tak szlifować drogocenne kamienie, że jeszcze dzięki temu potęgowali ich blask.
Mimo to, bił niego szczególny żar i płomień. Tak, że Szach który przecież już nie jeden drogocenny kamień widział i posiadał, nabrał przekonania, iż ten właśnie jest najpiękniejszym i najbardziej cennym w całych Indiach. Może powodował to przyciemniony odblask płomieni z wiecznych lampek, odbity od złota na posągu Buddy. Władcy wydawało się jednak, że im dłużej trzyma on rubin w swojej lewej dłoni tym bardziej lśni on krwawym blaskiem.
Jego serce zabiło nagle raptownie, ponieważ zdał sobie sprawę, iż nie jest sam w świątyni i ktoś go obserwuje.
W oka mgnieniu się obrócił i zobaczył, o trzy kroki oddalonego od siebie, wysokiego mnicha w brudno żółtej szacie.
Zaskoczenie, upiorna łysa głowa mnicha, było to bardzo straszne. Jeszcze straszniejsze było jednak nieruchome spojrzenie jego oka. Miał tylko jedno prawe, ponieważ opadnięta powieka lewego oka pozwalała się domyślać, iż oczodół pod nią był pusty.
Szach Dżihan, zrobił ruch chcąc nieszczęśnika wyminąć. Mnich jednak zastąpił mu drogę i podniósł ręce, chcąc złapać go za gardło. W tej samej sekundzie sztylet, którym władca wydłubał rubin z czoła Buddy, zanurzył się w piersi stróża świątyni, ten bezgłośnie upadł. Dżihan nie stracił jednak głowy, powoli kocimi krokami szedł z powrotem. Żaden podmuch powietrza nie poruszał płomieni płonących w wiecznych lampkach i nic więcej się nie wydarzyło. Żaden wąż nie wypełznął sycząc zza kamiennych posągów Buddy, ze sklepienia nie spadł żaden kamień, nie uderzył też piorun z nieba. Szach szukał kryjówki przy wejściu do świątyni w której poprzednio się ukrywał. Zobaczył jednak skrawek gwieździstego nieba przez uchyloną boczną furtę.
Wyszedł na zewnątrz i udało mu też się niezauważonym zniknąć z tej okolicy.
Bez zwłoki ani odpoczynku, udał się więc przez góry i doliny, na południe w drogę powrotną. Gdzie czekały na niego po długich tygodniach rozłąki, miłosne słodycze i nieopisane rozkosze, kolorowe i bogate jak perski dywan.
W pierwszej prowincji swojego państwa do której dotarł, dał się poznać jej namiestnikowi. Ten zaś ku niewypowiedzianej rozpaczy Szacha oznajmił mu, że w czasie kiedy był nieobecny jego ukochana Mutadź-i- Mahal nagle zmarła. Było to tej samej nocy i o tej samej porze kiedy władca wydobywał rubin ze złotego posągu Buddy. Z pomiędzy kwiatów na gałęzi drzewa, które rosło obok komnaty sypialnej ukochanej żony, przez otwarte okno wpełznął do środka wąż i ukąsił ją śmiertelnie, gdy pogrążona była we śnie.
Szach Dżahan został zdruzgotany.
Jeszcze nie dawał wiary tej strasznej wiadomości, musiał zobaczyć to na własne oczy. Dzień i noc gnał na spienionym rumaku, w stronę stolicy. Gdzie spoczywała jego ukochana, piękna i nieopisanie delikatna jak sen. Lekarze zabezpieczyli jej ciało przed zepsuciem, nawet jej urokliwy i zagadkowy uśmiech błąkał się jeszcze na twarzy tej nieziemskiej piękności, całkiem jakby żyła. Tylko na białym jak kość słoniowa czole, ponad delikatnymi łukami pięknych, czarnych brwi, była czerwona plama nie większa od małego kwiatka. Żadna kosmetyka, żadna modlitwa, ani obietnica nie zdołała tego zmienić. Wtedy władca poznał nadprzyrodzoną moc.
Po strasznym okresie kiedy to, dręczyły go okropne wyrzuty sumienia. Wyrzucania sobie zuchwalstwa, przez które ucierpiała jego ukochana i bezczynności. Wydał rozkaz aby naprzeciwko pałacu, dla Mutadź-i- Mahal zbudować najpiękniejszy grobowiec, jakiego jeszcze świat nie widział. Powinien być potężny, a jednocześnie ulotny jak sen, nieprzemijalny, a jednocześnie lekki jak piana morska, nieprzenikniony, a jednocześnie pełen blasku, jak szlachetny kamień. Bez zwłoki, naprzeciwko pałacu rozpoczęto budowę. Ponieważ islam zabrania robienia ludziom pomników, szach wydał budowniczym polecenie, aby wszystkie przymioty jego żony znalazły odzwierciedlenie w tym grobowcu. Było to najtrudniejsze, a jednocześnie najbardziej kreatywne zadanie, jakie kiedykolwiek postawiono majstrom.
W górę wznosiła się piękna jak bajka wielka kopuła, z najdelikatniejszego niebieskiego marmuru. Otwory okienne ze zgrabnymi łukami, zostały zamknięte marmurowymi płytami tak cienkimi, że przepuszczały światło słoneczne. Na których zostały wyryte i wyszlifowane przepiękne kwietne ornamenty, które wypełniały kryształy i szafiry, ametysty i onyksy, karneole i diamenty. Tak wznosił się nieziemski blask zmierzchu, jakby na skrzydłach motyli we wzniosłych kopułach nad grobem władczyni.
U jej stóp drzemał cichy staw, na którego brzegu śniły kwiaty lotosu. Kiedy zachodzi słońce i ten przesycony różowością marmurowy sen odbija się w nim, zda się, że zostaje rozpuszczony w nierzeczywistości. Jest to Tadź Mahal, uznawany za jeden z cudów architektury.
Szacha Dżahana prześladowały jednak od tego czasu nieszczęścia. Nie wykończyły go wprawdzie od razu, jednak kąsały zupełnie jak wąż. Znamiennym jest, iż został zdetronizowany przez własnego syna Aurangaziba i przez siedem lat był więziony w ciemnym lochu. Dopiero kiedy wybiła jego ostatnia chwila, mógł zostać wniesiony na jaśminową wierzę, niegdyś swojego pałacu. Zmarł tam o zachodzie słońca, mając Tadź Mahal przed oczyma.
Zanim jednak Szacha dopadło przeznaczenie, postanowił on oddać rubin ukradziony w skalnej świątyni. On sam wprawdzie niemiał już sił by rozstać się z grobowcem ukochanej i zanieść Oko Mądrości powrotem do skalnej świątyni w Himalajach. Derwisz też gdzieś zniknął, bez śladu, nikt więc nie znał tam drogi. Na pokutną pielgrzymkę do Mekki, która to dla władcy jako dla muzułmanina, mogłaby wydawać się oczywistością, też jakoś nie mógł się zdecydować.
Wyposażył jednak statek, którym jego ulubione dziecko księżniczka Anasja, córka Mumtadź- i- Mahal, miała popłynąć do Mekki. Statek ten miał wieść dary pokutne i wota. W złotej szkatule był też ów feralny rubin.
Ładunek tego statku był więc chyba najbogatszy jaki kiedykolwiek wypłynął w rejs. Miał on płynąć rzeką Jumaną, następnie świętą rzeką Hindusów Gangesem, a następnie Oceanem Indyjskim do Mekki.
Między innymi nasz Jorguś został oddelegowany do eskortowania tego bezcennego statku. Co przyjął z bijącym sercem, ponieważ podkochiwał się w siedemnastoletniej księżniczce, która po matce odziedziczyła urodę po ojcu zaś ekscentryzm i zamiłowanie do przygód. Przystojny Pietnianin też "wpadł w oko" Anasjai.







